Czyli słów kilka o nowej powieści Dana Browna, kolesia od “Kodu Leonarda da Vinci”, “Cyfrowej twierdzy”, “Znikającego punktu” oraz “Aniołów i demonów”. Człowiek prawdopodobnie nigdy by nie wypłynął, gdyby nie “Kod..”, ale to nie zmienia faktu, że wszytskie jego powieści czyta się nieźle. Jeżeli ktoś “Zaginionego symbolu” nie czytał, a ma ochotę- ostrzegam, że w dalszej części tej notki będą spojlery
“ZS” pochłonąłem w jakieś 8-9 godzin. Brown ma swoisty talent do przytrzymywania czytelnika- rozdziały są króciutkie, a akcja prowadzona jest zwykle dwutorowo. Podobną techniką robione są niektóre seriale, np. “Lost”- krótkie sceny, a do tego akcja podzielona na dwa równoległe wątki. To sprawia, że ciężko się od książki oderwać, bo zawsze mamy to głupie uczucie niepewności, co stanie się z bohaterem.
Jeżeli przy bohaterze jesteśmy- znowu jest nim Robert Langdon, znany z “Aniołów…” i “Kodu…”. “ZS” reklamowany jest wprawdzie jako sequel “Kodu…”, ale ktoś, kto wspomnianego jeszcze nie czytał spokojnie może się za “ZS” zabrać- nawiązań do poprzednika nie ma, jedynie kilka smaczków, ukłonów w stronę tych, którzy mają za sobą “Kod…” i “Anioły…”.
Plusem ponownego wykorzystania Langdona jest to, że Autor nie musi nam go znowu drobiazgowo przedstawiać- akcja zaczyna się w zasadzie od początku powieści. Oczywiście, jak już wspomniałem- Ci, którzy z panem Robertem do czynienia jeszcze nie mieli, bez problemu się odnajdą.
Brown znowu powiela swój schemat pt. “bohater+ bohaterka + czarny charakter + władza”. W każdej jego powieści widzimy parę bohaterów, kolesia który jest sprawcą całego zła i “władzę” w postaci Policji, CIA, Gwardii Watykańskiej albo NASA. W następnej pewnie wykorzysta kanadyjską Policję Konną.
“Zaginiony symbol” nie jest aż tak obrazoburczy i komentowany w mediach jak swój poprzednik- prawdę mówiąc o premierze dowiedziałem się dopiero z półki Empiku. Pamiętacie szał przed wydaniem “Kodu”? Jestem ciekawy, czy wpłynie to na sprzedaż? Na okładce co prawda ma napisane “Najnowszy bestseller”, no ale w broszurze o Deawoo Tico było napisane “szybki”…
Tym razem zamiast początków Chrześcijaństwa omawiane są początki Stanów Zjednoczonych, oczywiście z ogromną tajemnicą w tle. “Ogromną” to troszkę za dużo powiedziane- kończąc książkę miałem wrażenie, że Brownowi po prostu zabrakło pomysłów na efektowny koniec. Z drugiej strony- na stronie wstępnej chwali się tym, że większość elementów książki jest prawdziwa, a budynki (akcja dzieje się w Waszyngtonie) na prawdę istnieją. Ciężko było więc dośpiewać jakiś bardzo wydumany finał…
Jak na książkę, która opiera się o jakieś tam fakty szczególnie ciężko było mi przejśc przez motyw uśmiercania Langdona, w którym myślałem, że Autor przegiął i zaczął wpadać w konwencję fantasy albo science- fiction. Ale na szczęście wyjaśnienie całego zamieszania okazało się tyleż niespodziewane co prawdopodobne- za ten fragment należą mu się duże brawa.
Nie lubię “polecać” książek, bo gust książkowy to sprawa wysoce indywidualna, ale “Zaginiony symbol” jest warty przeczytania chociażby ze względu na opisane Waszyngtońskie budynki, jeżeli oczywiście nie pociągają Was masoni i symbole
W mojej skali 1-10 dostaje mocne 7.